Mądre rodzicielstwo

Mądre rodzicielstwo

My, Polacy, wśród najcenniejszych wartości wymieniamy zwykle rodzinę. Jesteśmy zgodni, że jest ona najważniejsza w każdym okresie naszego życia, od dzieciństwa po starość. I choć we współczesnych rodzinach obserwujemy liczne zmiany (także te niepokojące, jak rosnąca liczba rozwodów czy rozluźnienie więzi z rodziną dużą), to są to raczej zmiany modelu rodziny, a nie samego faktu jej istnienia i znaczenia dla każdego z nas. Szczególne istotna jest rodzina dla jej najmłodszych członków – dzieci. W rodzinie dzieci znajdują zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb, a także ochronę przed zewnętrznymi zagrożeniami i niebezpieczeństwami. Mądrzy rodzice tworzą dzieciom w miarę stałe ogólne ramy rozwoju, przekazują im  normy i zasady postępowania, którymi powinny się kierować żyjąc wśród innych. I co niezwykle ważne, dają dzieciom akceptację, miłość. Wszystkie te czynniki łącznie tworzą teren, w którym dziecko czując się bezpiecznie, swobodnie i chętnie działa, eksploruje i poznaje  zarówno świat przedmiotów, przyrody, jak i ludzi, stopniowo budując swoje kompetencje.

Wszyscy rodzice chcą, aby ich dzieci były mądre, wyposażone w wiedzę i umiejętności zwiększające ich szanse poradzenia sobie w coraz bardziej wymagającym świecie. Ale przecież chcemy, żeby wyrosły nie tylko na zaradnych, ale i dobrych ludzi, ponadto żeby potrafiły koncentrować się wokół wybranych celów i wytrwale dążyły do ich realizacji, żeby rozumiały uczucia swoje i innych, żeby potrafiły żyć wśród ludzi i z ludźmi. No i koniecznie muszą żyć zdrowo. Tyle zamierzeń – jak je wszystkie zrealizować w te krótkie godziny spędzane razem, między przedszkolem czy szkołą i pracą a wieczornym pójściem spać? Nie jest łatwo być mądrym rodzicem. A co to w ogóle znaczy?

Zwróćmy uwagę na dwa ważne mechanizmy, związane z wychowaniem (tak naprawdę leżące u jego podłoża): zadania i wymagania wobec dziecka  oraz naśladownictwo. Bardzo często stawiamy przed dziećmi różnorodne zadania: obrać warzywa, wyjść z psem, pochować na miejsca swoje rzeczy itp. Wymagamy wykonania ich we właściwy sposób i we wskazanym czasie. W takich sytuacjach z reguły w sposób w pełni świadomy, zamierzony zachęcamy dziecko do spełnienia postawionych wymagań, motywujemy je, a w zależności od podjętych przez dziecko działań i ich efektów okazujemy zadowolenie lub dezaprobatę, czyli stosujemy szeroko rozumiane nagrody lub kary (stykamy dziecko z konsekwencjami jego postępowania). Ważne, żeby były one mądrze dobrane – dostosowane do wieku i indywidualnych cech dziecka, o zróżnicowanej sile zależnie od wagi zachowania. Nagrodą jest przecież uśmiech i mina wyrażająca uznanie, ale też wyjątkowo atrakcyjny, wspólny wyjazd czy dołożenie się do kupna wymarzonej deskorolki. Ale nagród nie można sprowadzić do otrzymywania przedmiotów czy korzyści materialnych. Karą jest zarówno zmarszczenie brwi i wymówka, jak i konieczność poświęcenia przez dziecko popołudnia na staranne umycie zabrudzonej przez nie ściany – zamiast wyjścia do koleżanki. Mądry rodzic rozumie, że wychowanie nie może polegać przede wszystkim na stosowaniu kar. Przecież chodzi nam o kształtowanie i utrwalanie pożądanych zachowań dziecka, a one nie pojawią się automatycznie po zastosowaniu kary.

Ale wychowanie w rodzinie realizowane jest także (a właściwie przede wszystkim) w zupełnie inny sposób, bez świadomego stawiania celów, bez planowania i zastanawiania się. Jest wtedy po prostu skutkiem ubocznym bycia razem, wspólnego mieszkania, spędzania ze sobą czasu. Bycie przez dziecko świadkiem, biernym obserwatorem naszych zachowań uruchamia zupełnie niezależnie od naszych intencji mechanizm naśladownictwa. Wychowujemy zatem od rana do wieczora, kiedy tylko jesteśmy razem z dziećmi – witając się (lub nie) z sąsiadką na schodach, w określony sposób rozmawiając z ekspedientką, sprzątając po sobie (lub nie…) swoje rzeczy. Jeśli chcemy, aby nasze dziecko było aktywne fizycznie, nie możemy sami godzinami zalegać przed telewizorem. Nie nauczymy dziecka uprzejmości, jeśli sami będziemy burczeć od rana na innych. A jeśli nie chcemy, by nasze dziecko było przyklejone do smartfona, sami też nie możemy w czasie posiłku pisać sms-ów czy sprawdzać poczty. Pamiętajmy, chcemy czy nie, jesteśmy dla dzieci MODELAMI zachowań. Wychowujemy głównie poprzez to, jak sami postępujemy, a nie przez „wychowawcze”, pouczające rozmowy raz na dwa tygodnie. Możemy oczywiście wykorzystywać mechanizm naśladownictwa i  modelowania świadomie – zamiast złościć się, że dziecko w nieprzemyślany sposób wydaje w dwa dni swoją tygodniówkę, wciągnijmy dziecko w przygotowywanie dokładnej listy zakupów rodzinnych, a potem w jej realizowanie w sklepie z odhaczaniem kolejnych pozycji.

W  zachowaniach wobec dziecka ujawniają się nasze postawy wobec niego, nasze sądy i przekonania na jego temat, żywione wobec niego uczucia. Prawidłowa postawa mądrego rodzica to połączenie wielu elementów, z których najważniejsze to: akceptacja dziecka, współdziałanie z nim, uznawanie jego praw i dawanie mu rozumnej swobody. Akceptacja dziecka – z jego charakterystycznymi cechami, zdolnościami, temperamentem (niekoniecznie zgodnym z naszymi wyobrażeniami na temat idealnego dziecka) – nie oznacza totalnego akceptowania każdego dziecięcego zachowania. Ale krytyce poddawane jest (jeśli trzeba) właśnie to naganne zachowanie, a nie całe dziecko. Rodzice okazując dziecku miłość i zadowolenie z przebywania z nim budują jego poczucie wartości, wyznaczając jednocześnie granice właściwego postępowania. Współdziałanie oznacza, że rodzice okazują gotowość uczestniczenia w sprawach dziecka, są czuli na zgłaszane przez nie sygnały, zainteresowani jego sukcesami i kłopotami i gotowi do okazania mu wsparcia, a jednocześnie włączają dziecko we wspólne aktywności (nie ograniczając w niczym jego rosnącej samodzielności i niezależności). Rozumna swoboda to przeciwieństwo nadmiernego ochraniania – rozumna, bo dostosowana do zmieniających się wraz z wiekiem możliwości i umiejętności dziecka, ale i do sytuacji zewnętrznej. Dziecko nie jest chronione przed każdą potencjalną trudnością, ale nie jest też beztrosko zostawiane samo sobie. I wreszcie ostatnia z podstawowych składowych optymalnej postawy rodzicielskiej –  uznanie praw: dziecko jest traktowane jako pełnoprawny członek rodziny (a zatem ani nie stawiane na piedestale, ani nie lekceważone i przytłaczane). Rodzice szanują potrzeby i starania dziecka, dając mu prawo do niedoskonałości i błędów. Wyjaśniają i przekonują do swoich racji przy różnicy poglądów, a nie wymuszają posłuszeństwa swoim autorytetem opatrzonym zestawem kar. Co istotne, cztery wskazane postawy pożądane uzupełniają się i współwystępują, tworząc najkorzystniejsze warunki dla rozwoju dziecka.

Nadmieńmy, że nie bazowanie w wychowaniu na karach naprawdę nie oznacza tzw. wychowania bezstresowego (które właściwie jest brakiem oddziaływań wychowawczych i nie ma wiele wspólnego z mądrym rodzicielstwem).  Ale wiara w uniwersalną moc karania i cudowną skuteczność (szczególnie kar fizycznych) to prosta droga do przemocy w wychowaniu. Uświadommy sobie, że mówiąc o przemocy wobec dzieci nie mówimy o wyjątkowych zjawiskach związanych z zaburzeniami. Posługiwanie się przemocą jest najczęściej wynikiem nieradzenia sobie z własną złością, z frustracją, Opanowanie złości , kontrolowanie jej i wyrażanie w sposób społecznie aprobowany wymaga dojrzałości, pracy nad sobą – a zareagowanie agresją (fizyczną czy werbalną) nie wymaga żadnych umiejętności, jest najprostsze, szczególnie, gdy obiektem przemocy jest osoba słabsza od nas.  Po co zastanawiać się nad skutecznym oddziaływaniem na własne dziecko, jak można po prostu wrzasnąć, przyłożyć mu i od razu wiadomo, kto tu rządzi- myśli wielu rodziców i zgodnie z tym postępuje. Przemoc to pewien rodzaj utrwalonej sytuacji międzyludzkiej, w której jest asymetria sił wykorzystywana do krzywdzenia innych. Mądry rodzic stara się radzić sobie ze swoją złością (którą oczywiście ma prawo odczuwać), szukając konstruktywnych sposobów postępowania z dzieckiem w sytuacjach konfliktowych.

Warto wiedzieć, że w ostatnich latach pojawia się coraz więcej wyników badań świadczących zarówno o krótkotrwałych, jak i odroczonych negatywnych skutkach kar fizycznych. W większości z tych badań dobierając grupy badanych albo eliminowano przypadki ciężkiej przemocy (ograniczając się do stosowania klapsów) albo tworzono trzy porównywane grupy: osób bitych, osób którym wymierzano klapsy oraz osób, których rodzice w ogóle nie stosowali kar fizycznych. Ich wyniki dowodzą, że każda forma kar fizycznych (także klapsy uważane przecież powszechnie za metodę wychowawczą) skutkuje negatywnymi następstwami: wyższym poziomem przejawianej agresji, wolniejszym rozwojem, niższą inteligencją, zaniżoną samooceną i poczuciem własnej wartości, niższymi osiągnięciami szkolnymi, a w przyszłości niższym poziomem zdobytego wykształcenia, częstszymi kłopotami z prawem, mniej stabilnymi i mniej satysfakcjonującymi relacjami z ludźmi. Są także dane wskazujące na wpływ bicia dzieci i wymierzania im klapsów na zmiany zanikowe w strukturach mózgu, takich jak ciało migdałowate (niezwykle ważne dla życia emocjonalnego) czy zakręty skroniowe (istotne dla przebiegu procesów pamięciowych i poznawczej kontroli zachowań człowieka). Stwierdzane jest także zanikanie substancji szarej, a więc ciał neuronów, tworzących korę mózgową. Zmiany te tłumaczone są zmienioną pod wpływem bicia gospodarką hormonalną (nadprodukcja hormonów stresu, analogiczna do tej w sytuacji zespołu stresu pourazowego). Czas chyba najwyższy ostatecznie zerwać z przeświadczeniem o wychowawczym charakterze klapsów (nie mówiąc o cięższych formach bicia) i zacząć w inny sposób, z użyciem innych oddziaływań wychowywać swoje dzieci i uczyć je, że nie każde ich zachowanie jest dozwolone. Ale wyznaczanie granic potrzebne jest nie tylko dzieciom.

I jeszcze jeden aspekt mądrego rodzicielstwa: wzrastanie wraz z dzieckiem, rozumienie, że  w miarę jego rozwoju musimy zwiększać zakres dopuszczanej samodzielności dziecka. Przecież tak naprawdę to w wychowaniu chodzi o przygotowanie dziecka go samodzielnego kierowania własnym życiem, do wzięcia za nie odpowiedzialności. Drogą do osiągnięcia tej samodzielności jest metoda małych kroków. Już kilkulatkowi pozwalamy na pewną dozę samodzielności, wręcz go do tego pobudzamy sprawdzając, jak sobie z tym radzi. Na przykład zachęcamy pięciolatka, żeby sam zszedł z pierwszego piętra po bułki, ale pod warunkiem, że sklep mieści się w tym samym bloku, więc dziecko nie musi przechodzić przez ulicę. Obserwujemy z góry jego zachowanie: czy nie zbacza z drogi, nie zaczyna rozmów z nieznajomymi. Dzieci uwielbiają być samodzielne, czują się wtedy niezależnymi decydentami i wykonawcami jednocześnie. Wielu rodziców próbuje zwiększać kontrolę nad dzieckiem po pojawieniu się oznak buntu, związanego z okresem dojrzewania i nasilaniem się potrzeb autonomii, niezależności. Ale przecież potrzeba niezależności wynika z rozwoju dziecka. Jeżeli jednak rodzice nie dorastali przez poprzednie lata razem z nim, nie byli inicjatorami dawania mu coraz większej swobody, czyli nie mieli okazji do tego, żeby nabrać zaufania do jego mądrości, to w pierwszej fazie dojrzewania zderzą się z tą jego potrzebą jak z murem.

Najgorszym rozwiązaniem, niestety najczęściej wybieranym przez sporą część rodziców, jest zwiększanie nacisku na dziecko, grożenie: odetnę cię od telefonu, komputera, pozbawię kieszonkowego. Mądry rodzic rozumie, że  potrzeba samodzielności, niezależności to nie żadna patologia, to nie efekt niepowodzeń wychowawczych, tylko przejaw rozwoju dziecka, charakterystyczny dla tego okresu. Siłowe rozwiązania w tej sytuacji są po pierwsze szkodliwe, po drugie – nieskuteczne. Bo tak naprawdę sprawiają tylko, że dziecko zaczyna doskonalić się w oszukiwaniu. No może jakieś da się złamać, ale chyba nie o to chodzi w wychowaniu, żeby udowadniać dziecku, że nie może samo decydować o własnym życiu, że ma być posłuszne i potulne.

Ogromne znaczenie – i wtedy, kiedy dziecko jest jeszcze maleńkie, i w kolejnych okresach jego życia – ma dobre komunikowanie się w obrębie rodziny, zarówno w sytuacjach normalnych, spokojnych, jak i konfliktowych, pełnych napięcia. . To podstawowe narzędzie budowania więzi i dobrych relacji między dzieckiem a rodzicami. Prowadzi do dobrego porozumienia, w którym i rodzic i dziecko realizują swoje cele i zaspokajają swoje potrzeby nie poprzez walkę, ale dzięki współpracy, z zachowaniem szacunku dla potrzeb i uczuć własnych, jak i drugiej strony. Ale taka komunikacja wymaga wyzbycia się utrwalonych elementów myślenia, zmiany dotychczasowych przekonań na temat wychowania i przyjęcia jako podstawy postępowania życzliwości, współczucia, szczerości i uczciwości, a także przyznania praw dziecku. Na posłuszeństwie jako wartości naczelnej nie da się zbudować dobrej, głębokiej relacji z dzieckiem.

I najważniejsze: mądry rodzic wie, że najcenniejszą walutą w wychowywaniu jest uwaga i czas, poświęcane dziecku. Nie można ich odkładać „na później”, kiedy życie zacznie (?) płynąć nam spokojniej…

– Czy aby na pewno? Myślę, że zmienia się rodzaj zagrożeń, a nie ich liczba. Na najpoważniejsze niebezpieczeństwo narażone jest dzisiaj dziecko siedzące w swoim pokoju przed komputerem. To Internet, oprócz tego że pełni wiele wspaniałych funkcji, jest tym, co naprawdę zagraża dzisiaj dzieciom, czyli źródłem cyber przemocy.

– Tu kontrola z naszej strony jest uprawniona?

– Tak, zdecydowanie. Nie zgadzajmy się na to, żeby dzieci poniżej 12 roku życia miały swoje konta w mediach społecznościowych. A gdy już ten wiek osiągną, zadbajmy, aby ich pierwsze konta były otwarte dla nas, abyśmy byli wśród ich znajomych. Pierwsze kroki w Internecie powinny być całkowicie kontrolowane, przecież dziecko nawet niechcący może dostać się na niepowołane strony, które otwierają się po wpisaniu teoretycznie niewinnych haseł. Wcześniej, czy później dziecko może na nie trafić, musimy więc je na to przygotować. A nie ma lepszego przygotowania niż rozmowy na ten temat. Z badań wynika, że większość 9 – latków ma za sobą pierwsze doświadczenia z filmami porno. A jest jeszcze wielka sfera przemocy w Internecie. Trzeba też mieć świadomość, że dając do rąk dziecka smartfona, tym samym dajemy mu możliwość niekontrolowanego dostępu do Internetu. Ten dostęp ma 84 procent dzieci.

Dr Aleksandra Piotrowska

 

 

Powrót